Prof. Henryk Samsonowicz - wybitny historyk, autor wielu książek, rektor Uniwersytetu Warszawskiego, usunięty z tego stanowiska w stanie wojennym (mój akademicki Mistrz na UW), udzielił mi długiego wywiadu na kilka tygodni przed 13 grudnia 1981 r. W listopadzie 2015 r. zrezygnował z członkostwa w kapitule Orderu Orła Białego ( po jednej z decyzji prez. A. Dudy).
To, że historia lubi się powtarzać brzmi banalnie. Dziś żyjemy w Polsce demokratycznej. Ale nie wszystkim wszystko się podoba. Demokracja znajduje się na zakręcie. Poniżej zaledwie kilka uwag i myśli, zaczerpniętych z obszernej wypowiedzi Profesora sprzed lat.
X X X
Zawsze futurologia i w wysuwanie różnych przypuszczeń jest dość groźne. Ale osobiście przekonany jestem, że nasze społeczeństwo w chwili obecnej żadnej formy dyktatury by nie zniosło.
Przy czym domyślam się, dlaczego zadał pan to pytanie. Prawdą bowiem jest, że na fali ujawniania się i wyładowania najrozmaitszych poglądów i kierunków bardzo są silne również tendencje populistyczne, widoczne w różnych grupach. W innych krajach doprowadziło to do konsekwencji najgorszych.
Doprowadziło do faszyzmu i totalitaryzmu w najgorszym wydaniu.
Ale gdyby przyszedł ktoś, kto zaprowadziłby dyktaturę, nie cofnąłby pewnych nie tylko zjawisk instytucjonalnych (bo te najłatwiej cofnąć), lecz przede wszystkim nie zmieniłby mentalności społecznej, pewnych stanów psychicznych, które u nas już powstały.
Musimy sobie powiedzieć, że należy robić wszystko, żeby fałszywych kroków unikać.
I myślę, że to co się w Polsce dziać będzie, zależy od nas samych. A że do tego dochodzą najrozmaitsze aspekty polityki międzynarodowej, gospodarki międzynarodowej, to przecież jest też rzeczą oczywistą.
Nie jesteśmy narodem osadzonym wyłącznie w przestrzeni. Jesteśmy narodem tkwiącym w czasie. Chcemy się utożsamiać i utożsamiamy się. Mamy związek i z wielkimi epokami w naszych dziejach - pierwszymi Piastami, Polską Złotego Wieku, z momentami pełnymi chwały, jak Konstytucja 3 Maja, czy odbudowa państwa polskiego po I wojnie światowej. Również z momentami tragicznymi. Tak wielkimi jak polski Wrzesień, Powstanie Warszawskie czy cały ruch oporu i wiele innych trudnych a także ciemnych plam. Mamy się czym pochwalić, mamy piękne karty ale nie brak błędów.
Ale w żadnym razie nie można wpajać człowiekowi dorosłemu czy dziecku, że cokolwiek by robił, zawsze było i będzie źle. Że powinien robić coś innego, to, czego on nie robił i nie robi. Nie można mówi mu o tym, że dotąd było u niego źle. Taka koncepcja daje wyniki najgorsze, wprowadza naród w stan głębokiej frustracji.
Po to, żeby znać prawdę o sobie, trzeba znać zarówno swoje zalety, jak i swoje wady. Człowiekowi potrzebna jest równowaga psychiczna. A dziś doszło do schizofrenii ogólnonarodowej, do rozdwojenia jaźni. W rezultacie kryzys zaufania pogłębia się.
Nasz naród nie ma jasnej wizji przyszłości. Wie jedynie, czego nie chce. I wie bardzo ogólnie, wie, że chce rzeczy dobrych, a więc demokracji, tolerancji, praworządności, sprawiedliwości. A są to jedyne bardzo ogólne hasła. I w praktycznie nie łatwe do realizacji.
Futurologia nie jest moją mocną stroną. Aczkolwiek mogę powiedzieć, jak chciałbym, żeby było. Otóż chciałbym, żeby nasz naród wytworzył taki model działania, którego zazdrościliby na wszyscy na Wschodzie i na Zachodzie. Chciałbym, żeby nasz naród stworzył takie formy kontaktów międzyludzkich, które stanowiłyby wzorzec godny naśladowania. Bo tak naprawdę to my jesteśmy krajem, narodem bardzo bogatym.
Demokrację w naszym kraju należy zlikwidować. Na cholerę
nam ona. Jak Polska długa i szeroka rodacy się kłócą, jeden na drugiego nie
może patrzeć.
Jeśli ten drugi wygłasza poglądy, których nie podziela
ten pierwszy, natychmiast obaj stają w postawie bojowej. I w tego pierwszego i
w tego drugiego - a znajdzie się również
i trzeci, który sprzeciwia się poglądom pozostałych - wstępuje duch wściekłej wrogości.
Niektórzy nazywają ten stan piękniej. Jest to dowód
patriotyzmu, europejskości, ideowej czystości.
Bij wroga! Bij, bij, bij ! Oto Polska właśnie.
Biało-czerwona. Czerwona ze złości, biała z zapiekłości.
Wszystko rodaków dzieli. I brzoza. I aborcja. I wolne
związki. I jeden czy drugi klecha. Kręci się ta rodzima karuzela. Na wschodzie kraju patrioci i parafialne pienia. Na zachodzie powiewy germanizmu. W stolicy kocioł
do kwadratu, bo choć prawdziwych warszawiaków już nie ma, każdy gra warszawiaka
- cwaniaka.
Bój się Boga narodzie!
W tej sytuacji należy wrócić do tego, co było. Najlepiej
do czasów, gdy niczego nie było. Gdy wszystko było na kartki oprócz octu i
własnej żony (albo cudzej). Jeśli ktoś pisnął
słowo przeciwko świetlanej przyszłości i rzeczywistości - ten rozpoczynał życie w samotności ( za
kratkami).
Niedawno miałem wykład o czasach stalinizmu w Polsce. To
dopiero były czasy: laba dla każdego. Polak Polakowi był prawdziwym bratem. Po drugiej
stronie stał ten - kto był katem. Ale ogólnie była jedność w narodzie. Ludzie
się wzajemnie wspierali. Ten, który wrócił po 5 latach z więzienia za szeptaną
propagandę ( dowcip polityczny) był przyjmowany jak przyjaciel. Ci, którzy w czasach
październikowej odwilży wracali z zesłania na Sybir byli noszeni przez sąsiadów
na rękach.
Polacy byli w Polakach rozkochani!
To mianowicie, że moglibyśmy znowu stać się szanującymi wzajemnie rodakami.
Buczenie na wicepremiera pana Glińskiego podczas
inauguracji XX Wielkanocnego Festiwalu Beethovena
w Filharmonii Narodowej urosło do skandalu.
Obrońcy ministra kultury wyrazili oburzenie. Zarazem poczęstowali „buczących” i piszących o
wydarzeniu ( ze mną włącznie) solidną porcją epitetów. W godnej pożałowania
formie ocenili zachowanie twórczyni festiwalu, pani
Elżbiety Pendereckiej. Dostało się nawet jej mężowi - wybitnemu kompozytorowi
naszych czasów Krzysztofowi Pendereckiemu. Pewnie "zasłużyli" na kpiny dlatego,
że nikt i nic nie jest w stanie pomniejszyć ich miejsca w polskiej, europejskiej kulturze muzycznej,
Wulgaryzmy (z reguły artykułowane anonimowo) są silną
stroną tych, którzy nie potrafią korzystać w cywilizowany sposób z demokracji i
wolności słowa. Aby jednak było „ciszej nad naszą narodową trumną”, słów kilka
na temat tego, jak to bywa w świecie.
Wybuczanie i wygwizdywanie artystów i polityków - to jeden z najstarszych
przywilejów demokracji. A nawet
przekracza jej granice.
W Rosji wygwizdany został sam prezydent „mocarstwowej ręki” Władmir Putin. Wszedł na arenę, zdążył zwrócić się z przywitaniem do
publiczności i - jak doniósł znany
bloger rosyjski, krytyk Putina, Aleksander Awierin - „ został wygwizdany i
wybuczany”.
Ale co tam Rosja. Liczy się nasz sojusznik, „królestwo
demokracji” - Stany Zjednoczone.
W USA wokalne popisy niezadowolonej publiczności są na
porządku dziennym. Wielokrotnie wybuczany
i wygwizdywany był prezydent Barack Obama. Ongi regularnie dezaprobatą
częstowano prezydenta Harry Trumana, nie mówiąc o George`u Bushu.
Buczenie, gwizdy i tupanie to przejaw niezadowolenia i dezaprobaty.
Stosowany jest w całym demokratycznym świecie. Zbłaźniłeś się - to teraz cierp.
Po jednej stronie stoi znana osobistość. Wiemy co zmalował. Po drugiej - anonimowa publiczność. Psycholog społeczny Uniwersytetu
Jagiellońskiego, prof. Zbigniew Nęcki: „Gwiazda polityków świeci wysoko i jest
bardzo widoczna. Ale równocześnie jest starannie monitorowana, obserwowana i
komentowania”.
W pojedynkę trudno wystartować przeciwko politykowi czy słynnej
gwieździe. Gdy wytupujemy, wygwizdujemy znajdując się w tłumie, mamy poczucie
bezpieczeństwa. I zarazem jest to okazja do wpływania na decyzje prezydenta,
ministra czy głośnego, znanego artysty.
Niech pamięta elita, że na deser jest bita.
Wytupywanie i wygwizdywanie to przywilej sięgający czasów
antycznej Grecji. Jej twórcą był Klejstenes (żyjący na przełomie VI i V w.
p.n.e). Przyczynił się do obalenia tyranii w Atenach, a po wygraniu politycznej
rywalizacji ze zwolennikiem tyranii Isagorasem, przeprowadził w latach 508-507
p.n.e. reformy, będące kontynuacją reform Solona. I to one stały się one
podstawą demokracji ateńskiej. Czerpmy z niej bez ograniczeń.
Buczenie, wygwizdywanie polityków i inne osoby publiczne to dźwięk oznaczający
dezaprobatę, niezadowolenie czy pogardę. Do wokalnego okazania niechęci,
pogardy stosuje się angielskie słowo „boo” (tak opisywano dźwięki wydawane
przez krowy).
Buczenie wszędzie jest wyrazem dezaprobaty, jednak gwizdanie już nie. Na Zachodzie, zwłaszcza u
publiczności bardzo gorąco reagującej (np. włoskiej) gwizdy są wyrazem zachwytu
( ale na koniec spektaklu). Co innego oklaski. Te nawet w trakcie, czy to mowy
politycznej, czy podczas tańca baletowego - rodzą pozytywny impuls. Tylko utwór
muzyczny (muzyka klasyczna, jazz już nie) rządzi się żelaznym porządkiem. Brawo
bijemy po zakończeniu utworu.
Minister prof. Michał Gliński ma z pewnością nie łatwy
odcinek pracy. Ma do czynienia z twórcami, aktorami, muzykami. Osobami wrażliwymi.
Odbiorcy sztuki, publiczność
filharmoniczna należą do tych, którzy przykładają znaczenie do formy, stylu i sposobu
funkcjonowania polityków w sposób szczególny.
Buczenie spotkało profesora-ministra nie po raz pierwszy.
Na otwarciu Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu, gdy akcentował z całą mocą, że polska demokracja jest
stabilna i odpowiedzialna słychać było buczenie i okrzyk: „propaganda”.
Mowę - trawę Polacy poznali w swoich dziejach doskonale.
Wyczulenie na styl i formę niewątpliwie dobrze świadczy o
kondycji duchowej Polaka A.D. 2016.
Kto chce rządzić ludźmi, nie powinien ich gnać przed
sobą, lecz sprawić, by podążali za nim.
Zachęcać, kiedy nie należy zmuszać, prowadzić, kiedy nie
należy rozkazywać.
Lwy wielką mają siłę, ale na cóż by im się ona zdała,
gdyby natura nie dała im oczu.
By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba wcale być wielkim
geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi.
Kiedy niewinność obywateli nie jest zabezpieczona,
wolność również nie jest bezpieczna.
Wolność polityczna obywatela jest to ów spokój ducha,
pochodzący z przeświadczenia o własnym bezpieczeństwie. Aby istniała ta
wolność, trzeba rządu, przy którym by żaden obywatel nie potrzebował się lękać
drugiego obywatela.
Rządzący, którzy nieustannie krytykują opozycję mają tę
nad nią przewagę, że dysponują sprawniejszymi instrumentami. Uderzają w miejsca słabe, pomijając to, co opozycja będąc
u władzy dokonała pozytywnego. Tacy rządzący są jak źli dowódcy armii, którzy
nie mogąc podbić kraju, zatruwają jego wody.
Nie potrzeba wiele rozumu, by wszystko zmącić, ale trzeba
go mieć dużo, by wszystko uładzić.
Mniej nienawidzimy tych, którzy nigdy nie byli z nami,
niż tych, co nas opuścili.
Mędrzec rzekł: istnieje pewna cecha duszy ludzkiej,
stanowiąca podporę wszelkich godności i władz. Gdy jakiś urząd cieszy się
autorytetem, to czci się go nawet wtedy, gdy autorytet ten postradał, chyba , że jakieś błahe wydarzenie
odsłoni prawdę. A wtedy człowiek obrusza się sam na siebie i w jeden dzień
chciałby obalić to, co - jak sądzi – szanował zbyt długo.
Przestroga kierowana do wszystkich. Nie tylko do ludzi
mądrych. Do wszystkich obywateli. Oto ona: zastanówcie się nad swoim
położeniem. Wyciągnijcie rozsądne wnioski. Nie jest bynajmniej niemożliwe, że
żyjąc pod fatalnymi rządami, wcale tego nie czujecie.
Szczęście polityczne ma to do siebie, że się je poznaje
dopiero po jego stracie.
Powodzenie, jakie się zdarza nawet u głównego rządzącego,
wbija go w taką pychę, iż traci on rozum. Najpierw staje się zazdrosny o swoich
urzędników. Potem zazdrość przechodzi we
wrogość. Staje się wrogi wobec gwardii przybocznej, wobec tych, co razem z nim rządzą. Następnie staje
się zazdrosny o sam urząd, który sprawuje. I na koniec będzie wrogiem dla samego
siebie.
W zamieszkach pod despotycznym rządem lud zachodzi zawsze
tak daleko, jak tylko to możliwe.
Natura, która ustanowiła między ludźmi stopnie siły i
słabości, często zrównuje słabość z siłą
rozpaczy.
Lud, społeczeństwo potrafi znieść wiele. Lecz kiedy spotka go zniewaga lub gdy poczuje
się oszukany (np. w obietnicach), czuje tylko swoje nieszczęście. Tak rodzi
wyobrażenie wszelkiego możliwego zła.
Lud , społeczeństwo popada w nieszczęście, skoro ci, którym
zawierzył, chcąc ukryć własne zepsucie, starają się go zepsuć. Aby nie dojrzał ambicji rządzących, mówią
ludowi o jego wielkości. Aby lud nie dostrzegł chciwości rządzących, głaszczą
chciwość ludu.
Bywa, że mnóstwo ludzi obrzydzi sobie rząd. Otóż, choć
nieprzyjazne uczucia, żywione przez część obywateli, zdają się być bezsilne,
jako że nie przynoszą zdecydowanych skutków, niemniej nie pozostają one bez
utajonych konsekwencji, dojrzewających w ukryciu i tak wraz z upływem czasu RODZĄ SIĘ
WIELKIE REWOLUCJE.
Powyższe
uwagi spolszczone zostały na podstawie lektur obowiązkowych przeznaczonych
dla przeciętnego inteligenta - demokraty.
Demokracja totalitarna jest to pojęcie oznaczające
zdegenerowaną formę demokracji parlamentarnej, w której rzeczywistą władzę
sprawuje wąska elita polityczno-finansowa, zachowując fasadę demokratycznych struktur, pozory
wolności słowa i wolnych wyborów.
Niebezpieczeństwo takiej degeneracji demokracji
parlamentarnej zauważył już John Stuart Mill w połowie XIX w.
Koncepcja demokracji totalitarnej opiera się na
konstatacji, że bliski totalitarnemu modelowi poziom zaangażowania władzy
państwowej, lub kontroli sprawowanej przez państwo nad każdym przejawem życia
społecznego może zaistnieć także w ramach demokracji parlamentarnej, bez
likwidacji formalnie wolnego rynku i własności prywatnej, bez masowego terroru,
i jawnie działającej cenzury.
Na sprawowanie anonimowej kontroli nad społeczeństwem
ułatwia uzależnienie go od opieki społecznej, systemu przymusowych ubezpieczeń,
manipulowanie nim za pomocą dyskretnie nadzorowanych wpływami z reklamy mediów,
których działanie staje się zależne od interesów elit politycznych faktycznie
sprawujących władzę.
Twórcą pojęcia „demokracja totalitarna” jest Jacob
Leib Talmon (1916 - 1980), urodzony w Polsce izraelski historyk, profesor
historii nowożytnej na Uniwersytecie w Jerozolimie. Jego najważniejsze dzieła to „The Origins of Totalitarian
Democracy” i „Political Messianism: The Romantic Phase”.
Jacob Leib Talmon uważał totalitaryzm w demokracji za
konsekwencję przyznania ludowi roli najwyższego suwerena, a w konsekwencji
również prawa do decydowania o tym, co dobre, a co złe, co prawdziwe, a co
fałszywe. Jednakże totalitarna demokracja wyrasta ze wspólnego
pnia osiemnastowiecznych idei. W pełni rozkwitła w ostatnich dziesięcioleciach.
XIX - wieczny twórca liberalizmu demokratycznego,
angielski filozof, politolog i ekonomista John Stuart Mill (1806 - 1873)
uważał, że najskuteczniejszym sposobem
na zaradzenie niebezpieczeństwa faktycznemu przejęciu państwa przez określone
lobby polityczno-finansowe jest między innymi stworzenie "niezależnego
korpusu urzędniczego" czyli
apolitycznych stanowisk w administracji rządowej, które nie podlegałyby wpływom
politycznym.
Członkowie tego korpusu powinni być wybierani na
konkursach i mogliby wykonywać tylko takie polecenia polityków, które są zgodne
z prawem oraz powinni alarmować opinię publiczną bądź odmawiać ich wykonywania,
jeśli polecenia te są sprzeczne z prawem.
Doniosły był również postulat niezbędnego stworzenia przynajmniej jednej
instytucji kontrolnej z dożywotnimi, dobrze płatnymi stanowiskami,
gwarantującym jej odporność na naciski korupcyjno-lobbystyczne. Przykładem
takiej instytucji jest Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych. W Polsce taką
instytucją był Trybunał Konstytucyjny.
W prasie zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej Polska
przedstawiana jest obecnie jako kraj, w którym demokracja jest poważnie zagrożona. Europa (poza
Węgrami) przeciera oczy ze zdumienia patrząc na to, co się dzieje w Polsce. Jedenaście
i pół roku po wstąpieniu do Unii Europejskiej otwartość ustąpiła bigoterii, entuzjazm
zastąpił sceptycyzm. Polska wyobcowuje się od UE, kwestionując solidarność i
podstawowe wartości. Dziennikarze zachodnioeuropejscy ostrzegają przed pełzającym zamachem stanu.
Demokracja w dziejach świata wykonywała różne esy -
floresy.
Już „Obrona Sokratesa” pokazała, że ofiarą demokracji
pozbawionej wartości stał się największy z Ateńczyków. Jeden z największych w dziejach mędrców - filozofów
skazany został na śmierć za poglądy. Sokratesa (na zdjęciu) oskarżono
niewyznawanie bogów, których uznaje państwo i o wyznawanie bogów, których nie
uznaje państwo oraz psucie młodzieży.
Upadek demokracji ateńskiej, weneckiej czy
staroszlacheckiej w Polsce pokazuje, że ten typ ustroju czyli demokracja nie jest
wcale odporny na zagrożenia i ataki. Demokracja jest delikatna jak kwiat. Ginie
wówczas, gdy ma za wrogów ludzi bezwzględnych, nie uznających tych, którzy inaczej
myślą, odmiennie się modlą , inny hymn śpiewają.
Już Platon i Arystoteles pisali o zwyrodnieniu demokracji
i przekształcaniu się jej w ochlokrację, czyli rządy tłumu i motłochu, w której nie są szanowane żadne zasady. To
jest właśnie demokracja bez wartości - stanowiąca zagrożenie dla ludzkiej
godności. Dla każdego z nas. Tu i teraz.
W czasach współczesnych zasadniczym wyrazem degeneracji
demokracji jest totalitaryzm. Dziś totalitarne zagrożenie występuje już nie w
tej formie dyktatury totalitarnej, jak w czasach komunizmu czy hitleryzmu, ale w
postaci zagrożenia upadku wartości, wykorzenienia kulturowego, demoralizacji
społecznej i poprzez zawłaszczanie przez państwo tych dziedzin życia
społecznego, które z racji prawa naturalnego są autonomiczne.
Totalitaryzm w demokracji może się więc wspaniale rozwijać. Prędzej czy później połknie demokrację, sprowadzi ją do nie-bytu. Zniszczy, zmiażdży demokrację!
Przed nowymi rodzajami totalitaryzmu ostrzegają
politolodzy i socjolodzy. Demokracja bowiem wcale nie jest nam dana raz na
zawsze.
Problem ten podejmowała w swoich pracach, zmarła niedawno, socjolog
kultury, prof. Anna Pawełczyńska (1922-2014), uczennica prof. Stanisława
Ossowskiego.
Już dziś można przyjąć, że „najsilniejsi zdobyli
decydującą przewagę. Posiadają broń niosącą zagładę tym, którzy tą bronią nie
dysponują. Nieliczna zbiorowość zwycięzców zapoczątkuje odmianę czy mutację
ludzkiego gatunku. Oznaczałoby to, że dana człowiekowi wolność wyboru zostanie
wykorzystana w innym niż dotąd celu. Postęp techniczny jest w swojej istocie
neutralny moralnie. Służyć może zarówno dobru, jak i złu. W czasach moralnego
zamętu obejmującego cały świat jest wykorzystywany jako samosterujące narzędzie
bezprawia. Otwiera to drogę totalitarnej przemocy”.
Można widzieć problemy współczesności jeszcze inaczej.
Jak zakaźną chorobę wymagającą dokładnego rozpoznania i
terapii. Jest to epidemia, która zagraża całemu światu. Jej symptomy ostrzegają
przed globalnym totalitaryzmem. Nie
wszystkie jednak narody są tą chorobą
objęte, ani w równym stopniu zagrożone.
Jednak gdy dziś obserwujemy rozwój sytuacji politycznej w
naszym kraju widać czarne chmury.
Niedorzeczne jest tłumaczenie, że partia, która zwyciężyła w
wyborach demokratycznym otrzymała tym samym od narodu glejt, prawo do łamania
istniejącego prawa i istniejącej konstytucji. To żaden argument.
Hitler w 1933 r. objął w Niemczech władzę w wyniku
wyborów demokratycznych. Jaki był tego efekt i to w skali globalnej, światowej -
doskonale wiemy.
We współczesnym świecie nie brak przypadków, gdy
totalitaryzm dochodzi do władzy drogą
parlamentarną. Mamy wtedy do czynienia z metodą
tzw. pełzającego totalitaryzmu.
Istnieje pojęcie demokracji totalitarnej. Termin ten
rozpowszechniony został m.in. przez J. L. Talmona w pracy pt. „The Origins of
Totalitarian Democracy. Oznacza zdegenerowaną formę demokracji parlamentarnej.
Rzeczywistą władzę sprawuje wąska elita polityczno-finansowa, zachowując
jedynie fasadę demokratycznych struktur, pozory wolności słowa i wolnych
wyborów.
Niebezpieczeństwo takiej degeneracji demokracji parlamentarnej wcześniej sformułował już John Stuart Mill (połowa
XIX w.).
Dziś nie trzeba likwidować wolnego rynku, własności prywatnej, ani
wprowadzać masowego terroru i ostrej cenzury, aby kontrolować życie społeczne i
indywidualne.
Podstawową bowiem cechą
państwa totalitarnego jest autokratyzm -
zasada wodzostwa. I - jak dawniej -
obowiązuje pełna, ścisła kontrola
nad mediami, siłami zbrojnymi, policją
oraz wymiarem sprawiedliwości.
Zbigniew Brzeziński i Carl Friedrich w tożsamości reżimu
hitlerowskiego i stalinowskiego, wyróżnili pięć cech, które świadczą o
totalitaryzmie w danym państwie.
1. oficjalna, przewodnia ideologia;
2. jedna, monopolistyczna, masowa partia, pod wodzą
dyktatora;
3. monopol rządu na broń;
4. rządowy monopol dysponowania środkami masowego
przekazu;
5.system oparty na strachu.
Doskonale znany w Polsce prof. Norman Davies w książce
„Europa. Rozprawa Historyka z Historią”
wymienia następujące cechy totalitaryzmu naszych czasów:
1. pseudonauka: twierdzenie, że ideologia opiera się na
„fundamentalnych prawach nauki";
2. zasadza wodzostwa;
3.rozbudowana biurokracja ;
4. propaganda; "wróg dialektyczny";
4.psychologia nienawiści: kreowanie i podsycanie
nienawiści;
5.pogarda dla liberalnej demokracji.
Czy w powyższych punktach nie odbija się jak w lustrze -
to czego jesteśmy obecnie świadkami!
W Polsce mamy antytotalitarną konstytucję, w której
czytamy:
„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych
organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i
praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program
lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową,
stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo
przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
Padają propozycje napisania nowej. Czy faktycznie
Rzeczpospolita potrzebuje nowej konstytucji?
Nie potrzebuje! Potrzebuje natomiat trzymania się paragrafów tej istniejącej! Chęć napisania nowej konstytucji
rodzi obawy, czy nie chodzi o to, aby
wprowadzić do niej zapisy otwierające drogę do ograniczenie a być może nawet zniszczenia demokracji i
wolności słowa w naszym kraju.
W tej kwestii - mowa o zmianie kochanków - żadne argumenty nie pomogą.
Ani światopoglądowe,
ani żadne inne. A tym bardziej strachy na
Lachy.
Klamka
zapadła w niezauważalnym
momencie, coś się zatliło
głęboko w głowie, coś zapukało
w sercu, padło jakieś nierozważne słowo,
akurat inaczej niż zwykle zaświeciło
poranne słońce i dotychczasowa kochanka (
kochanek) straciła ( stracił ) swój
blask.
Kiedyś tyle w niej słodyczy, tyle planów na świetlaną przyszłość, a teraz brzydkie
to jakieś, kwękające,
bez ikry, no i prysł czar i we mgle rozpłynęły się obietnice, a tyle ich było. jak z tą
autostradą z Warszawy na południe, północ,
zachód i wschód a na koniec do
samego nieba.
Nie
ma co. Do odważnych świat należy.
Kończymy romans. Zwłaszcza,
że na horyzoncie pojawiło
się nieoczekiwanie
jakieś, jakby inne słoneczko, radośniejsze, piękniejsze, mądrzejsze, i - czego nie należy wykluczać - zasobniejsze.
Obrazek
powyższy nie jest obrazkiem obyczajowym, z
alkowy kochanków, że tak rzecz ujmijmy. Jest to obrazek oddający aktualny stan
rzeczy w naszej kochanej Ojczyźnie.
Naród
stanowczo chce zmian. Kochał jednych, teraz zaufał bezgranicznie drugim. Przez osiem lat był za jednymi, teraz
chce być z drugimi. Chce
się przytulić do tych, którzy
- jak to nowi kochankowie - obiecują złote
góry. I choćby
były one nierealne, choćby
na przykład plan budowy którejś
już tam z kolei Polski był wzięty z sufitu, to jednak nowa kochanka
(kochanek) to jest właśnie to.
Aby
przeżyć kolejną przygodę życia warto rzucić się w otchłań oceanu. Tylko
ludzie niemrawi, bez ikry tkwią na tym samym nudnym poletku. I co mają z tego? Guzik mają.
Natomiast
nowa kochanka (kochanek) gwarantuje przygodę życia. I choćby
dla samej obietnicy tej przygody warto żyć. A nawet warto stracić. Nowy kochanek to nowa
frajda, nowa kochanka to sam miód.
Przeróżnego
autoramentu politolodzy, ekonomiści, moraliści,
specjaliści straszą,
obrzydzają, kwękają,
co to będzie, co to będzie,
ruina wszędzie, druga Grecja wynurzy się z zaułka,
zaczną się klechów (nie mylić z Klechtą)
prawdziwe rządy.
I tak złorzecząc radzą:
Polaku! nie zmieniaj kochanki (kochanka) - bądź mądry!
Próżne
to proszę Państwa
wołanie. Co ma się stać,
to i tak się stanie!
A moje tu
gadanie po to, aby zrozumieć sens zmian, które nas niechybnie
czekają i każdego optymistę,
wbrew wszystkiemu, do życia zachęcają.
Należy demokrację w naszym kraju zlikwidować. Po cholerę
nam ona. Jak Polska długa i szeroka rodacy się kłócą, jeden na drugiego nie
może patrzeć.
Jeśli ten drugi wygłasza poglądy , których nie podziela
ten pierwszy, natychmiast obaj stają w postawie bojowej. I w tego pierwszego i
w tego drugiego - a znajdzie się również
i trzeci, który sprzeciwia się poglądom pozostałych - wstępuje duch wściekłej
wrogości.
Niektórzy nazywają ten stan piękniej. Jest to dowód patriotyzmu,
europejskości, ideowej czystości.
Bij wroga! Bij, bij,
bij ! Oto Polska właśnie. Biało-czerwona . Czerwona ze złości, biała z
zapiekłości.
Wszystko rodaków dzieli. I brzoza. I aborcja. I wolne
związki. Jeden czy drugi klecha (a nawet
Klechta). Kręci się ta rodzima karuzela. Na wschodzie patrioci i
parafialne pienia. Na zachodzie powiewy germanizmu. W stolicy kocioł do
kwadratu, bo choć prawdziwych warszawiaków już nie ma, każdy gra warszawiaka - cwaniaka.
Bój się Boga narodzie!
W tej sytuacji należy wrócić do tego, co było. Najlepiej
do czasów, gdy niczego nie było. Gdy wszystko było na kartki oprócz octu i
własnej żony (albo cudzej). Jeśli ktoś pisnął słowo przeciwko świetlanej przyszłości i rzeczywistości
- ten rozpoczynał życie w samotności ( za
kratkami).
Właśnie wyjeżdżam do Łodzi, gdzie będę miał wykład o
czasach stalinizmu w Polsce. To dopiero była laba dla każdego. Polak Polakowi
był prawdziwym bratem. Po drugiej stronie stał ten - kto był katem. Ale ogólnie
była jedność w narodzie. Ludzie się wspierali. Ten, który wrócił po 5 latach z
więzienia za szeptaną propagandę ( dowcip polityczny) był przyjmowany jak przyjaciel. Ci, którzy w czasach
październikowej odwilży wracali z zesłania na Sybir byli noszeni przez sąsiadów
na rękach.
Polacy byli w Polakach rozkochani!
A więc precz z demokracją, w której na wszystko wolno. Po
cholerę nam ona.
Niech wróci stare. Niech nam pałą wybiją z głowy
powszechne międlenie o wyższości jednej partii nad drugą. Niech nam dokopią.
Może
znowu, jak ongi, uratujemy to, co nasze.
To mianowicie, że możemy być szanującymi się wzajemnie rodakami.
Nie podzielam stanu ducha i umysłu jednych ani jednych, ani
drugich. Czyli ani nastrojów tych, którzy w zwycięstwie Andrzeja Dudy widzą
drogę do cudu nad Wisłą, ani sceptycyzmu, trwogi zwolenników Bronisława
Komorowskiego, którym wydaje się, że dojdzie do krachu.
Co nie znaczy, że należy naśladować piłkarskich kibiców,
którzy nawet po przegranym meczu wołają: „nic się nie stało, nic się nie
stało”. Stało się, jak się stało. Taka jest demokracja. Dla jednych bolesna,
dla drugich pełna radości. A teraz do rzeczy.
Euforia wyborców opcji pisowskiej będzie uzasadniona,
jeśli wygrają wybory powszechne, co jest zresztą całkiem realne. Dopiero
wówczas będą mogli mówić o pełnym sukcesie. Tak jak liberałowie z PO i ich
sojusznicy będą musieli mówić o całkowitej klęsce, jeśli dostaną łupnia
jesienią.
Póki co wybory prezydenckie wygrał ten, który podczas kampanii był lepszy. Nawet
jeśli przyjmie się, że nie znokautował rywala, to jednak przewagę osiągnął
wystarczająco zadawalającą.
Osłabianie tego
zwycięstwa analizą wyników głosowania
jego zwolenników, podkreślanie, że zdobył głosy głównie mieszkańców Polski
wschodniej (klerykalna wieś) i
uwypuklanie faktu, że z kretesem przegrał w Warszawie (wiadomo rzecz stolica),
nie ma nic do rzeczy.
Taki jest nasz kraj. Zresztą „ciemny” chłop nie tak znowu
wiele się różni od mieszkańca Warszawy (inteligencja w niej na wymarciu,
dominują przybysze różnej proweniencji, także chłopo-podobnej).
Oczywiście mogą niepokoić obietnice składane podczas
kampanii wyborczej przez p. Dudę. Naobiecywał złote góry, lud to kupił, ale kto
nie lubi słuchać obietnic, nawet jeśli są wzięte z sufitu. Ekonomiści niemieccy
i francuscy skomentowali, że gdyby to, co naobiecywał Duda chciano zrealizować
w ich krajach, doszło by tam do finansowej i ekonomicznej zapaści.
Nawet jeśli
przyjąć, że jako prezydent Andrzej Duda
uprze się i będzie chciał obniżyć wiek emerytalny i w rożny inny sposób zechce uszczuplić kasę
państwową, nawet gdyby chciał zrealizować tak szalone pomysły, jak wykupywanie
banków zagranicznych, to nie będzie dysponował odpowiednimi do tego
instrumentami. Król bowiem jest nagi.
W Rzeczpospolitej prezydent może dużo. Ale tak mądrze
skonstruowana jest polska demokracja, że prezydent Rzeczpospolitej nie jest sternikiem, który według własnego
widzi mi się może dowolnie rządzić państwem. W istocie to rządzić w ogóle nie
może.
Od tego jest rząd. A od przyjmowania ustaw jest parlament. Prezydent ma reprezentować,
ma być zwierzchnikiem sił zbrojnych, może to i owo zawetować, odwołać się do Trybunału Konstytucyjnego, może kłaść
kłody pod nogi, ale Ojczyzny nie przewróci.
Andrzej Duda wystąpił z PiS-u. Zamanifestował, że będzie prezydentem
wszystkich Polaków. Podobnie postąpił Bolesław Komorowski. Tak postępowali
inni. Najczęściej jest to zasłona dymna.
Można nie nosić legitymacji partyjnej w kieszeni, ale sercem być z nią na złe i
dobre. I w tym sojuszu czyha niebezpieczeństwo.
Wybory parlamentarne będą dla Polski wielkim wyzwaniem.
„Jednowładztwo”- często bywa zagrożeniem. Jest wygodne dla
rządzących. Niepokojące dla całej reszty.








